Pamiętasz czyjś głos tak dobrze, że potrafisz dopowiedzieć odpowiedź, zanim padnie pytanie. W tej pewności mieści się bliskość, ale także pokusa, żeby znajomemu człowiekowi pozostawić wyłącznie znajome miejsce. „Solaris” Stanisława Lema nadaje temu napięciu szczególną ostrość. Intymność pierwszoosobowej opowieści sąsiaduje tu z ogromem obcego oceanu i tomami naukowych dociekań. Największą siłą tej powieści jest utrzymanie obu skal naraz. Bywa przez to wymagająca, miejscami ostentacyjnie obciążona wiedzą, ale właśnie ta nierówność rytmu nadaje jej własny charakter.
Spotkanie z tym, czego nie umiemy nazwać
Ludzie próbują poznać obcy ocean. To wystarczy za punkt wyjścia; ważniejszy od dalszych informacji o fabule jest sposób, w jaki Lem rozdziela wiedzę. Narrator mówi w pierwszej osobie, zna aparaturę i język badań, lecz znaczenie własnych spostrzeżeń ustala po omacku. Zauważa detal, wysuwa przypuszczenie, koryguje je. Już w otwarciu jego ciało rejestruje ucisk, temperaturę i drgania, zanim wszystkie sygnały dadzą się uporządkować.
Ta perspektywa daje bliskość, za którą płacimy ograniczeniem widoku. Jesteśmy wewnątrz czyjejś uwagi, razem z jej uporem, lękiem i chwilową pewnością. Obszerny komentarz narratora potrafi nadać jego wyjaśnieniu dużą siłę przekonywania, chociaż wyjaśnienie pozostaje przypuszczeniem. Lem dobrze wykorzystuje tę różnicę: znajomość słownika nie czyni bohatera kimś, kto rozumie wszystko, o czym opowiada.
Powieść stawia przez to czytelnikowi uczciwy opór. Nawet szczegółowy opis nie zwalnia z oddzielania obserwacji od oceny. Napięcie powstaje również między tym, co dostajemy w zdaniu, a sensem, który tak chętnie sami mu nadajemy.
Drugi człowiek i nasz obraz drugiego człowieka
W osobistym wymiarze „Solaris” najcelniejszy jest rozdźwięk między monologiem wewnętrznym a rozmową. Narrator analizuje gest, brzmienie głosu, spojrzenie; rozważa kilka znaczeń, tłumaczy się przed sobą, a na głos odpowiada krótko. Czytelnik ma dostęp do całego tego zaplecza. Druga strona słyszy tylko wypowiedziane słowa. Ta nierówność sprawia, że zwykłe zapewnienie potrafi być bardziej niepokojące niż otwarty spór.
Lem korzysta też z precyzji drobnych rozpoznań. Nawykowy ruch czy ton zdania zostają opisane z czułością i uwagą, które uwiarygodniają poczucie bliskości. Zarazem dokładność szczegółu nie daje dostępu do cudzej myśli. Czytając, łatwo przyjąć perspektywę tego, kto tak wiele pamięta. Dialog stawia jej jednak opór: pytanie rozmówcy wymaga odpowiedzi, której sama znajomość gestów nie zastąpi.
Właśnie tutaj powieść jest mocniejsza od ogólnej refleksji o zawodności pamięci. Pokazuje, ile miejsca zajmuje w bliskości własna opowieść i jak mało słów czasem pozostaje dla drugiej osoby. Pamięć daje rozpoznawalność, oczekiwanie podsuwa interpretację, a cudza wypowiedź nadal domaga się osobnego wysłuchania. Ten konflikt ma postać literacką: rozgrywa się w proporcji między długą myślą a krótką repliką.
Bliskość narratora ma też swoją cenę. Rozbudowane objaśnianie własnych pobudek chwilami tak szczelnie wypełnia stronę, że inne głosy dostają mniej przestrzeni. To ograniczenie jest odczuwalne, ale pracuje na siłę książki: pozwala usłyszeć, jak duży dystans mieści się między czyjąś obecnością w pamięci a rozmową z nim. Osobista stawka tego odczytania dotyczy prawa drugiej osoby do własnego znaczenia, także wobec kogoś, kto potrafi opisać ją bardzo dokładnie.
Ocean, który wymyka się naszym wyobrażeniom
Przy oceanie trudność dotyczy samych kategorii poznania. Nazwy „organizm”, „maszyna” czy „rozum” niosą założenia zaczerpnięte ze znanego świata. Solarystyka, fikcyjna nauka badająca Solaris, ma monografie, klasyfikacje i historię sporów o to, które pojęcia w ogóle tu pasują. Lem potrafi nadać tej uczoności komiczny rozmach: systematyka drobiazgowo szereguje obiekt, choć badacze mają tylko jeden jego egzemplarz.
Najlepiej pokazuje to opis symetriady — ogromnej, zmiennej formy oceanu. Układom przelotów i pochylni przy jednym biegunie odpowiadają układy przy przeciwnym. Całość przekształca się w czasie, więc jej geometria obejmuje także ruch. Lem daje tu coś znacznie ciekawszego od zapewnienia, że obce jest niewyobrażalne: pozwala rozpoznać porządek, a następnie poczuć, jak trudno objąć jego skalę i jednoczesność przemian.
Precyzja rośnie, lecz sama nie odpowiada na pytanie o sens. Porównania do architektury czy muzyki pomagają wyobraźni, po czym ujawniają własną niewystarczalność. Nazwanie czegoś pomaga o tym mówić; nie dowodzi jeszcze, że uchwyciliśmy sens jego istnienia.
Powieść nie daje podstaw do wygodnego wniosku, że nauka niczego nie poznaje. Zestawia konkurencyjne stanowiska, rozpoznane właściwości i zbyt pospieszne obietnice wyjaśnienia. Problemem jest przeskok od opisu do pewności, że wiemy, z czym mamy do czynienia. Ocean zachowuje tu odrębne znaczenie: nawet najbogatszy zasób pojęć nie gwarantuje, że cudzy sposób istnienia da się w nich pomieścić. Sprowadzenie go do symbolu trudnych relacji odebrałoby książce połowę jej siły.
Jak czyta się „Solaris”
Lem regularnie odrywa nas od bezpośredniej sceny, by oddać stronę historii badań. W powieść wchodzą obszerne omówienia prac, zapis obserwacji, protokół pytań i odpowiedzi, list. Każda z tych form inaczej ustawia relację między świadectwem a jego oceną. Lakoniczny zapis sprawia wrażenie rzeczowego; protokół pokazuje już nacisk pytań i spór o to, co wolno uznać za wiedzę.
To jedna z największych zalet kompozycji i zarazem jej najbardziej odczuwalny ciężar. Gdy interesuje nas rozmowa między ludźmi, kolejne nazwiska badaczy, hipotezy i dzieje szkół potrafią zniecierpliwić. Bezpośrednie napięcie zostaje zawieszone na dłużej, niż wymagałoby samo objaśnienie świata. Nie każdy taki ustęp ma tę samą energię; katalogowanie stanowisk jest mniej sugestywne niż obraz oceanu. Całość zyskuje jednak dzięki temu rozmiar wielopokoleniowego przedsięwzięcia, wobec którego pojedyncze doświadczenie okazuje się małe, choć dla przeżywającego je człowieka pozostaje najważniejsze.
Proza odzyskuje intensywność tam, gdzie techniczny termin spotyka się z doznaniem. W otwarciu dźwięk przywołuje metal przesuwany po mokrym szkle; dalej światło zmienia barwy wnętrza, a opisy oceanu łączą geometrię z galaretowatą, niemal mięśniową materią. Specjalistyczne nazwy sąsiadują ze słowami lepkimi, ciężkimi, cielesnymi. Czyta się to wzrokiem, ale także wyobrażonym dotykiem.
Rozbudowane zdania gromadzą kolejne kształty i porównania. Krótki dialog gwałtownie zmienia rytm, po czym wewnętrzny komentarz znowu go rozciąga. Ta zmienność daje książce napięcie, którego nie da się sprowadzić do szybkości akcji. „Solaris” najwięcej oddaje czytelnikowi lubiącemu patrzeć, jak myśl powstaje w języku i jak język napotyka opór. Jeśli szukasz przede wszystkim ciągu zdarzeń, naukowe dygresje będą realną przeszkodą. Ich długość jest częścią tej powieści, a przyjemność z jej lektury zależy również od zgody na takie zatrzymania.
Książka i jej filmowe odczytania
Wśród kinowych adaptacji „Solaris” są filmy Andrieja Tarkowskiego z 1972 roku i Stevena Soderbergha z 2002 roku. Istotny dla czytania książki jest sprzeciw Lema wobec sprowadzania jej do historii miłosnej. W komentarzu z 2002 roku bronił znaczenia opisów oceanu: miały zachować odrębność istnienia, którego nie potrafimy objaśnić przez przypisanie mu ludzkiej psychiki. Pisał wtedy wyraźnie, że filmu Soderbergha ani jego scenariusza nie zna; polemizował z obrazem wyłaniającym się z przeczytanych recenzji.
Ta uwaga trafia w sedno konstrukcji powieści. Po usunięciu rozległej solarystyki osobisty wymiar miałby dla siebie więcej miejsca, lecz zniknęłaby wielka przeciwwaga dla ludzkich spraw. Opisy bywają obciążeniem lektury, a zarazem chronią ocean przed staniem się jedynie tłem. W tym napięciu tkwi wartość książki: ludzka bliskość pozostaje ważna, choć nie wyznacza miary wszystkiego, co istnieje.
A ile miejsca zostaje dla drugiego człowieka, jeśli nawet w najbliższej rozmowie tak łatwo słyszymy przede wszystkim głos własnej pamięci?
Podstawą eseju jest pełna lektura „Solaris” w wydaniu Pro Auctore Wojciech Zemek, Kraków 2012. Analiza obejmuje całą powieść; omówienie zachowuje zakres dla czytelnika przed pierwszą lekturą.



